Czasem mi się wydaje, że moje życie jest monotonne, a każdy dzień taki sam. Wstaję codziennie rano niewyspana – mój trzymiesięczny synek mi nie pozwala nacieszyć się tak cudowną i prostą czynnością, jaką jest spanie – zaznaczę, że w zasadzie każdego dnia o innej godzinie, w zależności jak Maluch sobie wymyśli - i robię dla Niego mleko. Karmienie, odbicie i noszenie jeszcze przez chwilę. Niestety nie zawsze się udaje, że moje Szczęście zaśnie ponownie, więc udaję się w kapciach (bądź też, gdy jest ciepło zostawiam je zwyczajnie pod łóżkiem) do tak zwanego Dużego Pokoju i tam zaczynamy z Synkiem rozmawiać. Szybko mijają dwie godziny i czas na kolejne karmienie. Do dziś nie wiem jak taki mały człowieczek idealnie wymierza czas między posiłkami. Co do minuty! Kolejne karmienie, odbicie i jeśli dopisze mi szczęście – drzemka Malucha.
Nadchodzi czas „dla mnie”. „Dla mnie” oznacza szybkie śniadanie (przeważnie skromna miseczka płatków, bo jak większość kobiet, jestem przecież na diecie!), ubranie się w domowe fatałaszki, pościelenie łóżka, szybki porządek w kuchni, dodatkowo może uda mi się wejść do łazienki i zrobić pranie – zakładając, że Szkrab śpi wciąż snem twardym i niczym niezakłóconym. I w zasadzie powoli zbliża się czas, kiedy to Tobi (krótsza wersja imienia Tobiasz) ponownie otwiera oczka i domaga się napełnienia brzuszka. Jeśli dopisze mi szczęście, zdążę mu podąć jakiś owocek ze słoiczka, a jeśli nie, to niestety musi się On zadowolić mlekiem. Potem odbicie i chodzenie po mieszkaniu i zagadywanie małego, by ten zwyczajnie w świecie się nie nudził.
Kiedy koło godziny siedemnastej dom rozbrzmiewa głosem nie tylko małego dziecka, ale także mamy oraz narzeczonego, odczuwam wielką radość i przypływ nowej energii. Czasem uda mi się w godzinkę uszykować dla nich jakiś obiad, wtedy oni zajmują się Maluchem, by po chwili wcinać ciepły posiłek, uśmiechając się z zadowolenia. Nie zawsze jednak są pomysły na wielkie dania, więc zadowalamy się czymś szybkim i prostym, jak ryż z sosem z paczki, czy zwyczajnymi tostami z serem. Na całe szczęście nikt nie narzeka na taki styl życia.
Zanim się obejrzę dochodzi osiemnasta, a w porywach nawet dziewiętnasta i wybieramy się na spacerek z Tobim. Minimum godzinkę nas nie ma. Chcemy żeby nasz Synek zażywał jak najwięcej świeżego powietrza. Potem oczywiście kąpiel, kolejne karmienie, odbicie i pogaduchy. Kiedy koło godziny dwudziestej drugiej, bądź w porywach dwudziestej trzeciej, Maluch idzie spać, czuję się totalnie zmęczona. Niby nic wielkiego i męczącego fizycznie nie robiłam, ale zajmowanie się domem i malutkim dzieckiem w rzeczywistości nie jest takie łatwe, jakby się na pierwszy rzut oka mogło wydawać.
Kiedyś myślałam, że to pikuś i każdy sobie da z tym radę. Teraz wiem, że rzeczywistość jest inna. Cieszę się z takiego życia, jakie mam, ale nie ukrywam, że momentami i mi przydałaby się jakaś odmienność. Cieszą mnie wyjścia (sporadycznie niestety) na zakupy w centrum, wizyty znajomych, wyjazdy do kina czy na zwyczajną kawę. Staram się tymi chwilami cieszyć, jak tylko mogę, by w ten sposób naładować sobie akumulator na kolejny tydzień „kury domowej”.
W obecnym czasie dodatkową „rozrywką” są dla mnie przygotowania do ślubu. Nie mogę się tego dnia doczekać. Mamy z Mariuszem wielką nadzieję, że to, co zaplanowaliśmy sobie, wypali i nie będziemy żałować niczego, w co zainwestowaliśmy.

Tymczasem uciekam szykować się do spania, by jutro od nowa zacząć zmagania z Dniem Codziennym.
Dobranoc!